Sąsiedzi mieli dość długo, zanim w ogóle napisali skargę. Kamery na posesji obok pracowały całą dobę, rejestrując nie tylko obraz, lecz i dźwięk – a ich pole widzenia sięgało dalej niż własna działka właściciela. Droga publiczna, sąsiednie nieruchomości, a według opisu urzędu także okno toalety w budynku obok. Zebrane w ten sposób nagrania służyły podobno nie tylko „ochronie mienia" – właściciel wykorzystywał je również do inicjowania postępowań w sprawach o wykroczenia wobec sąsiadów, czym uzurpował sobie rolę, która ustawowo należy wyłącznie do organów państwa.

Już na etapie postępowania wyjaśniającego właściciel kamer dwukrotnie nie odebrał wezwania do złożenia wyjaśnień. Prezes UODO nie dał się tym zablokować – ocenił stan faktyczny na podstawie materiałów przedstawionych przez skarżących, w tym zeznań świadków i oględzin, uznając ich twierdzenia za udowodnione. 8 grudnia 2025 r. wydał decyzję (sygn. DS.523.6546.2024) nakazującą zaprzestanie takiego przetwarzania danych w terminie siedmiu dni – przez demontaż kamer albo przestawienie ich tak, by obejmowały wyłącznie własną nieruchomość. Właściciel monitoringu nie zaskarżył tej decyzji do sądu. Po prostu ją zignorował – tak samo jak wcześniejsze wezwanie. Pisma z urzędu nie były odbierane, więc po dwukrotnej awizacji uznano je za doręczone – i zaczął się zegar, który 15 lipca 2026 r. zatrzymał się na kwocie 26 711 zł (sygn. DKE.561.4.2026).

To pierwsza w historii Prezesa UODO kara nałożona w związku z prywatnym monitoringiem wizyjnym – ale jej istota nie leży w samych kamerach, tylko w tym, co się stało, gdy administrator postanowił przeczekać organ nadzorczy. Sprawa DKE.561.4.2026 jest krótka, brutalnie klarowna i dlatego pouczająca daleko poza kontekst sąsiedzkiego sporu: pokazuje, gdzie w 2026 roku przebiega granica legalnego monitoringu, i co się dzieje, gdy ktoś – osoba prywatna, firma, spółdzielnia czy urząd gminy – uzna, że korespondencję z UODO można po prostu nie odbierać.

Skarga sąsiadów, kamera w oknie łazienki

Z komunikatu urzędu wynika obraz instalacji, jaką co jakiś czas widuje się na prowincjonalnych osiedlach: kilkanaście kamer, zamontowanych bez planu, „żeby było widać, co się dzieje". W tym przypadku problem nie polegał na liczbie kamer, lecz na ich zasięgu i trybie pracy. Urządzenia rejestrowały obraz i dźwięk nieprzerwanie, dwadzieścia cztery godziny na dobę, obejmując pole widzenia wykraczające daleko poza granicę własnej działki – drogę publiczną, po której poruszają się piesi i pojazdy, oraz nieruchomości sąsiadów. Jedna z kamer, jak wskazuje opis postępowania, była skierowana wprost na okno łazienki w sąsiednim budynku.

Dla osób objętych takim nagrywaniem konsekwencje są dokładnie takie, jak opisał je Prezes UODO w uzasadnieniu decyzji o karze: poczucie stałej obserwacji, utrata prywatności w miejscach, w których człowiek ma prawo czuć się anonimowo – na chodniku przed własnym domem, przy furtce, w oknie własnej łazienki. Skarżący nie mieli żadnego wpływu na to przetwarzanie, nie wyrazili na nie zgody i nie istniała żadna podstawa prawna, która pozwalałaby sąsiadowi rejestrować ich wizerunek i głos w tym zakresie. Prezes UODO, po przeprowadzeniu postępowania administracyjnego, potwierdził to jednoznacznie i nakazał zaprzestanie przetwarzania danych osobowych skarżących za pomocą monitoringu obejmującego drogę publiczną oraz ich nieruchomości – w zakresie zarówno wizerunku, jak i głosu.

Mit „to moja prywatna kamera, RODO mnie nie dotyczy"

Najczęstszym błędem, jaki popełniają właściciele domowego monitoringu, jest przekonanie, że skoro kamerę kupili za własne pieniądze i powiesili na własnym domu, to RODO w ogóle ich nie dotyczy. RODO rzeczywiście przewiduje taki wyjątek – art. 2 ust. 2 lit. c wyłącza spod rozporządzenia przetwarzanie danych osobowych przez osobę fizyczną w ramach czynności o czysto osobistym lub domowym charakterze. Problem w tym, że wyjątek ten jest interpretowany bardzo wąsko, a granicę tej interpretacji od dekady wyznacza jeden wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

W sprawie C-212/13 František Ryneš przeciwko czeskiemu Úřad pro ochranu osobních údajů, rozstrzygniętej 11 grudnia 2014 r., TSUE zmierzył się z niemal identycznym stanem faktycznym: właściciel domu zainstalował kamerę w celu ochrony zdrowia, życia i mienia domowników, a system rejestrował obraz w sposób ciągły na dysku twardym. Trybunał orzekł jednoznacznie: skoro nadzór wideo, choćby częściowo, obejmuje przestrzeń publiczną i tym samym wykracza poza sferę prywatną osoby przetwarzającej dane, nie może być traktowany jako czynność o czysto osobistym lub domowym charakterze. Innymi słowy – motywacja właściciela (ochrona rodziny, mienia, poczucie bezpieczeństwa) jest bez znaczenia, jeśli obiektywny zasięg kamery sięga poza granicę jego własności. Prezes UODO powołał się na ten wyrok wprost w uzasadnieniu decyzji z grudnia 2025 r., zamykając administratorowi drogę do jedynej linii obrony, jaka mogłaby się w tej sprawie pojawić.

Ten sam wyrok Ryneš przesądza też, dlaczego prywatny właściciel nieruchomości nie może pełnić za pomocą kamer roli, którą Konstytucja i ustawy rezerwują dla policji i straży gminnej. Prezes UODO odnotował w decyzji, że skarżony wykorzystywał zarejestrowane nagrania do inicjowania postępowań w sprawach o wykroczenia – i podkreślił, że zapewnienie porządku publicznego nie leży w gestii podmiotów prywatnych, a monitoring domowy nie jest narzędziem, którym można zastąpić organy państwowe. To rozróżnienie wraca zresztą w dalszej części tego tekstu przy okazji monitoringu gminnego, który – w odróżnieniu od prywatnego – ma w tym zakresie wyraźną podstawę ustawową.

Nakaz, którego nie zaskarżono i nie wykonano

Decyzja dawała właścicielowi kamer jasny wybór: siedem dni na usunięcie urządzeń albo na taką zmianę ich usytuowania, żeby obejmowały wyłącznie jego własną posesję. To nie było zamknięcie sprawy z urzędu, lecz otwarcie furtki – administrator mógł zatrzymać monitoring w części, która była zgodna z prawem, i po prostu przestać rejestrować cudzą własność. Nie skorzystał z żadnej z tych opcji. Nie wniósł też skargi na decyzję do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, w związku z czym stała się ona prawomocna – ostateczna, wiążąca, niepodlegająca już dyskusji co do meritum.

Prawomocna decyzja administracyjna nie jest rekomendacją. Jest nakazem, którego niewykonanie rodzi odrębną odpowiedzialność, niezależną od tego, czy pierwotne naruszenie było poważne, czy marginalne. Właściciel kamer nie usunął ich ani nie przestawił. Nie zareagował też na upomnienie, które UODO wystosowało w związku z brakiem wykonania decyzji. Historia mogłaby się na tym zakończyć – urząd nie ma nieograniczonych zasobów, a wiele spraw utyka na etapie korespondencji, która donikąd nie prowadzi. Tym razem nie utknęła, bo Prezes UODO Mirosław Wróblewski wszczął kolejne, odrębne postępowanie: tym razem w przedmiocie kary za niewykonanie własnego nakazu.

Milczenie, które prawo traktuje jak odbiór

Najbardziej pouczający – i najczęściej lekceważony – element tej sprawy dotyczy tego, jak urząd poradził sobie z administratorem, który po prostu nie odbierał korespondencji. Pisma z UODO wracały niepodjęte. W takiej sytuacji zastosowanie znajduje art. 44 § 4 Kodeksu postępowania administracyjnego: pismo, którego adresat dwukrotnie nie odebrał mimo prawidłowego awizowania, uznaje się za doręczone. Nie „prawdopodobnie doręczone" czy „doręczone w rozumieniu potocznym" – doręczone w pełnym prawnym znaczeniu tego słowa, ze wszystkimi konsekwencjami, jakie z tego wynikają, łącznie z biegiem terminów do złożenia odwołania czy do wykonania nakazu.

To zasada, o której zapomina zaskakująco wiele osób i podmiotów – nie tylko w sprawach RODO, ale w kontaktach z administracją w ogóle. Przekonanie, że nieodebranie awizo równa się brakowi problemu, jest jednym z najkosztowniejszych błędów, jakie można popełnić w relacji z organem władzy publicznej. W tej sprawie doręczenie zastępcze uruchomiło bieg terminu do wykonania nakazu, a jego niedotrzymanie stało się podstawą do wszczęcia postępowania w sprawie kary pieniężnej. Administrator, który sądził, że unikając odbioru poczty unika też problemu, w rzeczywistości sam sobie ten problem eskalował – z nakazu bez sankcji finansowej na karę administracyjną liczoną w dziesiątkach tysięcy złotych.

Kara nie za kamery, lecz za nieposłuszeństwo

Warto podkreślić rozróżnienie, które w komentarzach do tej sprawy często się zaciera: karę 26 711 zł nałożono nie za sam fakt prowadzenia niezgodnego z prawem monitoringu, lecz za niewykonanie prawomocnego nakazu organu nadzorczego. To istotna różnica prawna. Podstawą sankcji jest art. 83 ust. 5 lit. e RODO w związku z art. 58 ust. 2 RODO – przepis penalizujący niezastosowanie się do nakazów, ograniczeń lub zawieszeń przetwarzania, jakie może orzec organ nadzorczy w ramach swoich uprawnień naprawczych. Ten kaliber naruszenia mieści się w wyższym progu kar administracyjnych z RODO, sięgającym do 20 mln euro lub 4% rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa – identycznym, jakim zagrożone są naruszenia zasad przetwarzania danych czy praw osób, których dane dotyczą.

W tej sprawie, wobec osoby fizycznej niebędącej przedsiębiorcą, kara wyniosła 26 711 zł – kwota adekwatna do skali podmiotu, ale wystarczająco dotkliwa, by spełnić ustawowe kryteria skuteczności, proporcjonalności i odstraszającego charakteru sankcji z art. 83 ust. 1 RODO. Prezes UODO wprost wskazał okoliczność obciążającą przy ustalaniu jej wysokości: niemal sześciomiesięczny, niczym nieusprawiedliwiony okres niewykonywania nakazu. Czas trwania naruszenia jest jedną z przesłanek wymiaru kary z art. 83 ust. 2 lit. a RODO, a im dłużej administrator zwleka z dostosowaniem się do decyzji organu, tym mocniej ta przesłanka działa na jego niekorzyść. Krótko mówiąc: gdyby właściciel kamer wykonał nakaz w tydzień po jego doręczeniu, tej kary najprawdopodobniej w ogóle by nie było.

Gdzie kończy się legalny monitoring prywatnej posesji

Zanim przejdziemy do konsekwencji tej sprawy dla firm i instytucji, warto ustalić, co właściwie w tym monitoringu było nielegalne od samego początku – bo to pytanie zadaje sobie dziś każdy, kto ma kamerę przy własnym domu. Monitorowanie własnej nieruchomości w celu ochrony mienia i bezpieczeństwa mieszkańców jest co do zasady dopuszczalne na podstawie prawnie uzasadnionego interesu administratora z art. 6 ust. 1 lit. f RODO, o ile interes ten nie ustępuje pierwszeństwa wobec praw i wolności osób, których dane są rejestrowane. Ta ostatnia część zdania jest sercem sprawy: uzasadniony interes właściciela kończy się na granicy jego własnej działki, a zaczyna tam, gdzie kamera rejestruje cudzą przestrzeń, w której inni ludzie mają prawo oczekiwać prywatności.

Monitorowanie drogi publicznej przez prywatną osobę praktycznie nigdy nie znajduje uzasadnienia proporcjonalnego do ingerencji – bo obejmuje nieokreślony krąg przypadkowych przechodniów i kierowców, którzy nie mają żadnej możliwości uniknięcia rejestracji ani wiedzy o tym, że są nagrywani. Rejestrowanie sąsiedniej nieruchomości bez zgody i bez szczególnie mocnego uzasadnienia narusza nie tylko RODO, ale i dobra osobiste chronione art. 23–24 Kodeksu cywilnego – prywatność, wizerunek, nietykalność mieszkania. A nagrywanie dźwięku jest tu odrębnym, zaostrzającym problemem: głos jest daną osobową tak samo jak wizerunek, lecz jego rejestracja w przestrzeni, w której ludzie prowadzą prywatne rozmowy, jest niemal zawsze nieproporcjonalna względem celu ochrony mienia, który da się osiągnąć samym obrazem. Kamera skierowana w okno łazienki nie wymaga zresztą pogłębionej analizy prawnej – to podręcznikowy przykład przetwarzania, które nie przejdzie żadnego testu równowagi interesów.

Ten sam standard w gminie, spółce komunalnej i wspólnocie

Decyzja dotyczy osoby prywatnej, ale zasady, które w niej zastosowano, są identyczne dla każdego administratora danych prowadzącego monitoring – gminy, spółki komunalnej, spółdzielni czy wspólnoty mieszkaniowej. Gmina może wprowadzić monitoring wizyjny na podstawie art. 9a i art. 43 ustawy o samorządzie gminnym w związku z art. 6 ust. 1 lit. e RODO, w celu zapewnienia porządku publicznego, bezpieczeństwa obywateli oraz ochrony przeciwpożarowej i przeciwpowodziowej – ale wyłącznie w przestrzeni publicznej za zgodą zarządzającego tym obszarem albo na terenie mienia gminnego i wokół niego, jeśli jest to konieczne dla wskazanych celów. Kamera miejska skierowana bez uzasadnienia na prywatne balkony, ogródki czy wejścia do mieszkań łamie dokładnie tę samą zasadę proporcjonalności, która przesądziła o sprawie z Podkarpacia czy Mazowsza opisywanej dziś w komunikacie UODO.

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe – wielokrotnie już karane przez Prezesa UODO, o czym pisaliśmy przy okazji innych decyzji tego organu – stoją przed identycznym pytaniem o zasięg kamer na osiedlu: czy obejmują wyłącznie części wspólne, czy też wchodzą w pole widzenia okien i balkonów mieszkań, a jeśli tak, na jakiej podstawie i z jakim uzasadnieniem. Ten sam standard proporcjonalności i minimalizacji stosuje się w podmiotach leczniczych, o czym pisaliśmy szerzej przy okazji kontroli sektorowej UODO dotyczącej monitoringu na oddziałach dziecięcych – tam ryzyko jest tym większe, że w grę wchodzą dane szczególnej kategorii i osoby wymagające wzmożonej ochrony. Zasada jest jedna, niezależnie od skali: zasięg kamery musi wynikać z realnej potrzeby, a nie z wygody montażu.

Kamera w zakładzie pracy: zamknięty katalog celów

Pracodawcy rządzą się w tym obszarze osobnym, jeszcze bardziej rygorystycznym reżimem. Artykuł 222 Kodeksu pracy pozwala wprowadzić monitoring wizyjny wyłącznie w zamkniętym katalogu celów: zapewnienia bezpieczeństwa pracowników, ochrony mienia, kontroli produkcji lub zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę. Żaden inny powód – ani kontrola dyscypliny pracy, ani ogólne „pilnowanie", żeby ludzie pracowali – nie daje podstawy do zainstalowania kamer. Monitoring nie może obejmować pomieszczeń sanitarnych, szatni, stołówek ani palarni, chyba że jest to niezbędne dla realizacji dopuszczalnego celu i nie narusza godności pracownika, w szczególności dzięki technikom uniemożliwiającym rozpoznanie osób.

Wymogi proceduralne są równie precyzyjne, co w sprawie sąsiedzkiej: nagrania przechowuje się co do zasady nie dłużej niż trzy miesiące, chyba że stanowią dowód w postępowaniu, pracowników trzeba poinformować o monitoringu co najmniej dwa tygodnie przed jego uruchomieniem, a monitorowane pomieszczenia muszą być oznaczone widocznie i czytelnie nie później niż dzień przed startem systemu. Pracodawca, który zainstalował kamery „na czuja", bez opisania celu, zakresu i sposobu zastosowania monitoringu w regulaminie pracy czy obwieszczeniu, znajduje się dokładnie w tej samej sytuacji prawnej co ukarany właściciel domowych kamer – różni się tylko skala potencjalnych skarżących, bo zamiast dwóch sąsiadów mówimy o całej załodze.

Co się dzieje, gdy zignorujesz nakaz UODO

Ostatnia część tej historii dotyczy egzekucji – i to ona powinna dać do myślenia każdemu, kto rozważa strategię „może się odczepią". Kara administracyjna nałożona przez Prezesa UODO jest decyzją wykonalną, a jej niezapłacenie nie kończy sprawy, tylko przenosi ją na kolejny szczebel. Jeśli ukarany nie ureguluje należności dobrowolnie, egzekucją zajmuje się urząd skarbowy, który dysponuje pełnym arsenałem środków przymusu: zajęciem rachunków bankowych, zajęciem wynagrodzenia za pracę, zajęciem wierzytelności i wreszcie zajęciem innych składników majątku dłużnika. To nie jest teoretyczna groźba wpisana dla straszaka w komunikacie prasowym – to standardowa procedura egzekucji administracyjnej, identyczna jak przy zaległościach podatkowych.

Mechanizm ten działa niezależnie od tego, czy dłużnikiem jest osoba prywatna, jednoosobowa działalność gospodarcza, spółka czy jednostka samorządu terytorialnego. Różnica polega jedynie na tym, wobec jakiego majątku prowadzi się egzekucję. W przypadku firmy oznacza to ryzyko zajęcia rachunków firmowych w środku roku obrotowego, co potrafi sparaliżować płynność finansową znacznie skuteczniej niż sama kwota kary. W przypadku jednostki samorządowej – a takich spraw również nie brakuje – oznacza to kolejny punkt w rejestrze zaległości, który prędzej czy później trafia pod ocenę radnych i regionalnej izby obrachunkowej. Strategia ignorowania korespondencji z organem nadzorczym nie ma w żadnym z tych scenariuszy racjonalnego uzasadnienia – prowadzi wyłącznie do tego, że problem, który dało się rozwiązać jednym pismem albo jedną wizytą serwisanta przestawiającego kamerę, zamienia się w postępowanie egzekucyjne.

Ta sprawa wpisuje się przy tym w wyraźny trend, który od przełomu 2025 i 2026 roku widać w praktyce orzeczniczej Prezesa UODO: organ nadzorczy systematycznie schodzi z egzekwowaniem standardu staranności na poziom podmiotów, które jeszcze niedawno mogły czuć się poza radarem. Karę za dane w Biuletynie Informacji Publicznej otrzymał niewielki urząd gminy, za brak zabezpieczeń poczty elektronicznej – kilkuosobowa kancelaria podatkowa, teraz za zignorowany nakaz dotyczący monitoringu – osoba prywatna. Wspólnym mianownikiem nie jest skala podmiotu, lecz jego reakcja na sygnał od regulatora: ci, którzy współpracują i naprawiają błąd od razu, kończą zwykle na upomnieniu albo relatywnie niskiej karze; ci, którzy milczą, płacą więcej – i to niezależnie od tego, czy pierwotne naruszenie było poważne, czy – jak w tej sprawie – dało się naprawić jedną wizytą serwisanta.

Jak zaprojektować monitoring, który przejdzie kontrolę

Praktyczny wniosek z tej sprawy sprowadza się do kilku decyzji, które trzeba podjąć świadomie, zanim zamontuje się choćby jedną kamerę – niezależnie od tego, czy mowa o prywatnej posesji, biurze, hali produkcyjnej czy przestrzeni miejskiej. Pierwsza to podstawa prawna: trzeba umieć wskazać konkretny przepis, na którym opiera się przetwarzanie – prawnie uzasadniony interes, przepis ustawy samorządowej, art. 222 Kodeksu pracy czy art. 23a ustawy o działalności leczniczej – i to jeszcze przed instalacją, nie po pierwszej skardze. Druga to zasięg: każda kamera powinna mieć udokumentowane uzasadnienie, dlaczego obejmuje akurat ten fragment przestrzeni, a pole widzenia wykraczające poza własną nieruchomość, zakład pracy czy teren gminny wymaga odrębnej, mocnej podstawy.

Trzecia decyzja dotyczy dźwięku – rejestrować go tylko wtedy, gdy istnieje precyzyjne uzasadnienie, którego zwykła ochrona mienia niemal nigdy nie dostarcza. Czwarta to retencja: ustawiony i przetestowany limit czasowy nadpisywania nagrań, a nie poleganie na tym, że dysk kiedyś się zapełni. Piąta to obowiązek informacyjny zrealizowany rzetelnie – czytelne oznaczenie, dostępna klauzula z art. 13 RODO, a nie sam piktogram kamery. Szósta, wreszcie, to gotowość na kontakt z organem nadzorczym: procedura odbierania i obsługi korespondencji z UODO, wyznaczona osoba odpowiedzialna i świadomość, że doręczenie zastępcze działa naprawdę, a nakaz administracyjny nie traci mocy dlatego, że ktoś nie odebrał awiza.

Dlaczego z Fib.Code

Fib.Code prowadzi audyty monitoringu wizyjnego dokładnie w tym miejscu, w którym styka się prawo ochrony danych z realną infrastrukturą kamer, rejestratorów i procedur dostępu – dla firm, spółek komunalnych, jednostek samorządu terytorialnego i podmiotów leczniczych. Pełnimy funkcję zewnętrznego inspektora ochrony danych oraz Pełnomocnika ds. bezpieczeństwa informacji, prowadzimy oceny skutków dla ochrony danych i wdrożenia zgodne z ISO/IEC 27001, a każdą instalację monitoringu traktujemy jako projekt prawny i techniczny jednocześnie, nie jako zakup sprzętu z instrukcją montażu.

Pracujemy według trzech zasad. Po pierwsze, zaczynamy od inwentaryzacji stanu faktycznego – ile kamer realnie działa, co obejmują i na jakiej podstawie, zanim napiszemy jedno zdanie dokumentacji. Po drugie, projektujemy dowód zgodności, a nie deklarację: konfigurację retencji, którą można pokazać kontrolerowi, klauzulę informacyjną zgodną z rzeczywistością, listę osób z dostępem i logi ich aktywności. Po trzecie, przygotowujemy klienta na kontakt z organem nadzorczym – łącznie z procedurą odbioru korespondencji – bo jak pokazuje opisana sprawa, samo istnienie prawomocnej decyzji nie chroni przed karą, jeśli nikt jej nie wykona.

Produktem końcowym jest monitoring, który spełnia swój cel ochronny i jednocześnie wytrzymuje konfrontację z każdą skargą sąsiada, pracownika czy mieszkańca – bo każda kamera ma udokumentowane uzasadnienie, a każdy nakaz organu trafia od razu do właściwej osoby, a nie do kosza na niepodjętą korespondencję.

Co zrobić w ten weekend

Nie trzeba czekać na skargę ani na kontrolę, żeby sprawdzić własny monitoring – wystarczy pół godziny i spacer wokół budynku, biura albo terenu, za który się odpowiada. Warto zapisać, ile kamer faktycznie działa, co każda z nich obejmuje i czy to pole widzenia da się uzasadnić jednym zdaniem odwołującym się do konkretnego przepisu. Warto sprawdzić, czy któraś kamera „przy okazji" łapie drogę, chodnik, okno sąsiada albo balkon lokatora – i jeśli tak, przestawić ją jeszcze przed poniedziałkiem, zamiast czekać na pismo z urzędu. Warto wreszcie ustalić, kto w organizacji faktycznie odbiera i czyta korespondencję z UODO, bo ta sprawa pokazuje z całą mocą, że nieodebrana przesyłka wcale nie oznacza braku problemu – oznacza jedynie, że zegar zaczął już tykać bez wiedzy administratora.

Zapraszamy do kontaktu: l.grabowski@fibcode.com | fibcode.com/pl/kontakt. Bezpośrednio powiązane materiały: monitoring wizyjny w podmiotach leczniczych pod lupą UODO, kara UODO dla Urzędu Miasta i Gminy Myślenice za dane w BIP oraz kara UODO dla kancelarii podatkowej za przejęte konto e-mail – trzy strony tej samej monety: standard staranności, jakiego organ nadzorczy oczekuje od każdego administratora danych, niezależnie od jego skali.