10 sierpnia 2026 roku, godzina 16:10. Dziennikarz CyberDefence24 Oskar Klimczuk publikuje tekst, na który środowisko bezpieczeństwa czekało od dwóch lat. Prokuratura Okręgowa w Białymstoku odpowiada wreszcie na pytania prasowe o serię cyberataków na polską infrastrukturę wodno-kanalizacyjną — i po raz pierwszy podaje coś więcej niż komunikat o „trwającym postępowaniu”. Dwóch obywateli Rosji usłyszało zarzuty w związku z siedemnastoma cyberatakami na polskie obiekty. Siedem z nich należało do sektora wodno-kanalizacyjnego: stacje uzdatniania wody i oczyszczalnie ścieków. Reszta to szpital, hotel i kilka firm prywatnych.

To pierwszy moment w tej dwuletniej fali ataków, w którym atrybucja przestaje być domysłem publicystów i staje się aktem procesowym z sygnaturą, artykułami kodeksu karnego i nazwiskiem prokuratora prowadzącego. I jednocześnie — pierwszy moment, w którym widać czarno na białym, jak niewiele to realnie zmienia dla bezpieczeństwa polskich wodociągów. Obaj podejrzani przebywają na terytorium Federacji Rosyjskiej. Postępowanie zostało zawieszone. Dla zarządu spółki komunalnej, który zastanawia się, czy ten news to dobra wiadomość, odpowiedź brzmi: częściowo tak, ale z zastrzeżeniem, które powinno zmienić priorytety budżetowe szybciej niż jakikolwiek wyrok.

Ten artykuł czytają dziś prezesi spółek wodociągowych z całej Polski, nie tylko z Warmii i Mazur czy Podlasia, skąd pochodzą dotychczasowe ofiary. Powód jest prosty: metoda ataku opisana przez prokuraturę nie wymaga znajomości konkretnej gminy ani lokalnych słabości — wymaga wyłącznie tego, żeby panel sterujący stacją uzdatniania wody był widoczny z internetu. Taki panel może dziś działać w gminie liczącej pięćset mieszkańców i w mieście powiatowym liczącym pięćdziesiąt tysięcy — ryzyko nie zależy od wielkości budżetu, tylko od tego, czy ktoś w organizacji sprawdził to jedno, konkretne ustawienie sieciowe.

Siedemnaście ataków, dwanaście podmiotów publicznych

Śledztwo białostockiej prokuratury dotyczyło działań prorosyjskiej grupy haktywistów — redakcja świadomie nie ujawnia jej nazwy, by nie promować jej działalności, i my pójdziemy tym samym tropem. Sprawa obejmuje siedemnaście cyberataków na obiekty w Polsce: stacje uzdatniania wody, oczyszczalnie ścieków, hotel, firmy prywatne i szpital. Dwanaście z siedemnastu zaatakowanych obiektów zostało zaklasyfikowanych jako publiczne, pozostałe pięć jako prywatne. Prokuratura potwierdziła, że w każdym przypadku były to ataki jednorazowe — sprawcy nie wracali do tego samego obiektu po raz drugi, co sugeruje raczej działanie na skalę, „ile się da dotknąć”, niż uporczywe oblężenie pojedynczego celu.

Kluczowy dla naszej branży fragment ustaleń dotyczy skutków. Żaden z ataków nie spowodował, jak podkreśla prokuratura, szkód materialnych — skażenia wody, zalania, awarii urządzeń ani uszkodzenia infrastruktury. To ważne zdanie, bo łatwo je odczytać opacznie, jako że „nic się nie stało, więc nie ma o czym mówić”. Rzeczywistość jest inna: w jednym z udokumentowanych przypadków atak doprowadził do realnej przerwy w dostawie wody. Napastnicy zalogowali się do urządzeń stacji uzdatniania wody i zmienili ustawienia pomp, co doprowadziło do wyczerpania zasobów w zbiorniku, a w konsekwencji do przerwy w dostawie wody trwającej około sześciu godzin dla około dwóch i pół tysiąca mieszkańców gminy. Fakt ten, opisany w raporcie rocznym CERT Polska z działalności w 2025 roku, jest zgodny z ustaleniami śledztwa. Brak szkody materialnej nie oznacza więc braku skutku dla mieszkańców — oznacza jedynie, że tym razem nikt nie ucierpiał fizycznie i infrastruktura nie wymagała naprawy.

Sześć miejscowości, jeden powtarzalny wzorzec

Od drugiej połowy 2024 roku obserwujemy w Polsce ciągłą serię ataków tej samej kategorii, skierowanych w sektor wodno-kanalizacyjny. Na celowniku znalazły się między innymi stacje uzdatniania wody w Tolkmicku, Małdytach, Sierakowie, Jabłonnej Lackiej i Szczytnie oraz oczyszczalnie ścieków w Wydminach, Kuźnicy, Witkowie i Chodaczowie. W Tolkmicku napastnicy nocą wyłączyli pompę głębinową. Do tego katalogu dołącza wcześniej opisany, potwierdzony przez Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości atak na system wentylacji polskiego szpitala, w którym zwiększono zadaną temperaturę i wilgotność na bloku operacyjnym, oraz włamanie do kamer monitoringu w jednym z hoteli.

Powtarzalność geografii — Warmia i Mazury, Podlasie, Podkarpacie — nie jest przypadkiem stylistycznym reportera, lecz odzwierciedleniem realnej podatności. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przekazała redakcji CyberDefence24 już w październiku 2025 roku obserwację, która dziś brzmi jak diagnoza całego zjawiska: potencjalnie skompromitowane podmioty posiadały zasoby IT dostępne z publicznej sieci internet, w tym panele HMI — human machine interface — sterujące procesami technologicznymi. Innymi słowy, napastnik nie musiał łamać żadnego szyfru ani wykorzystywać nieznanej luki dnia zerowego. Wystarczyło wpisać odpowiednie zapytanie do wyszukiwarki urządzeń podłączonych do internetu, znaleźć panel operatorski stacji uzdatniania wody bez wymaganego uwierzytelnienia albo z domyślnym hasłem producenta, i zalogować się tak, jakby to był panel administracyjny bloga.

Warto dodać, że seria ta nie ograniczała się do sektora wodno-kanalizacyjnego. Ta sama, szeroko rozumiana kampania obejmowała w ostatnich dwóch latach także ciepłownictwo — jednym z celów była osiedlowa ciepłownia w Rucianem-Nidzie, gdzie w nocy z 10 na 11 stycznia 2026 roku odnotowano zmianę nastaw pracy kotła o mocy 1000 kW — oraz sieci lokalnych dostawców internetu, atakowane falą DDoS połączoną z próbami wymuszenia okupu za „ochronę”. Obraz, jaki się z tego wyłania, to nie seria odizolowanych incydentów, lecz systematyczne sondowanie polskiej infrastruktury komunalnej pod kątem tego, co da się dotknąć zdalnie i bez większego wysiłku.

Zarzuty są realne, ale wykonanie wyroku — nie

Prokuratura postawiła dwóm obywatelom Rosji zarzuty na podstawie pięciu artykułów Kodeksu karnego: art. 287 § 1 (oszustwo komputerowe), art. 267 § 2 (bezprawne uzyskanie informacji), art. 255 § 3 (publiczne nawoływanie do popełnienia występku lub przestępstwa skarbowego), art. 65 § 1 (działanie w warunkach stałego źródła dochodu, w zorganizowanej grupie albo o charakterze terrorystycznym) oraz art. 258 § 1 (udział w zorganizowanej grupie przestępczej). Każdy z zarzucanych czynów zagrożony jest karą do pięciu lat pozbawienia wolności, a działanie w zorganizowanej grupie przestępczej — karą do ośmiu lat. To poważne zarzuty, dobrane precyzyjnie i wskazujące, że śledczy potraktowali sprawę z należytą powagą, mimo braku „efektownych” szkód materialnych.

Rzecz w tym, że sam akt oskarżenia nie przekłada się na wykonanie kary. Prokuratura Okręgowa w Białymstoku wprost przekazała, że obaj mężczyźni przebywają na terenie Federacji Rosyjskiej, że w sprawie nie zastosowano żadnych środków zapobiegawczych i że postępowanie zostało zawieszone. W praktyce oznacza to zamrożenie sprawy do czasu, aż podejrzani pojawią się na terytorium, z którego można ich ekstradować — scenariusz przy obecnym stanie relacji polsko-rosyjskich skrajnie mało prawdopodobny. Wartość tego dokumentu procesowego jest więc dziś przede wszystkim symboliczna i wywiadowcza: potwierdza kierunek, z którego przychodzi zagrożenie, i buduje materiał dowodowy na przyszłość, gdyby okoliczności polityczne kiedykolwiek się zmieniły. Nie zmienia natomiast ani o milimetr realnego poziomu ryzyka, na jakie wystawiona jest dziś polska stacja uzdatniania wody.

Prawo karne nie zabezpiecza pompy

Warto nazwać wprost mechanizm, który w tej sprawie ujawnia się z podręcznikową wyrazistością. Odpowiedzialność karna działa najsilniej tam, gdzie sprawcę można realnie postawić przed sądem — w przestępczości zorganizowanej krajowej, w oszustwach finansowych z udziałem krajowych rachunków bankowych, w przemocy fizycznej. Wobec haktywisty działającego z terytorium państwa, które nie ma zamiaru go wydać, groźba pięciu czy ośmiu lat więzienia nie jest żadnym odstraszaczem — to abstrakcja bez adresata. Sprawca, który przeczyta ten sam artykuł co my, może potraktować go najwyżej jako potwierdzenie skuteczności własnej roboty.

Dla zarządu spółki komunalnej wniosek jest praktyczny, nawet jeśli niewygodny: skoro odpowiedzialność karna sprawcy jest dziś martwym narzędziem ochronnym, cały ciężar zabezpieczenia infrastruktury spoczywa na środkach technicznych i organizacyjnych po stronie operatora. Nie ma tu żadnej trzeciej strony, która przyjdzie i „załatwi problem” aresztowaniem winnych. Jest wyłącznie pytanie, czy panel HMI sterujący stacją uzdatniania wody w Twojej gminie jest dziś dostępny z publicznego internetu, czy nie — i to pytanie trzeba sobie zadać niezależnie od tego, ilu haktywistów usłyszy zarzuty w Białymstoku.

Porównanie z klasyczną przestępczością komputerową dobrze pokazuje skalę problemu. Gdy padniesz ofiarą oszustwa bankowego dokonanego przez krajową grupę przestępczą, policja i prokuratura mają realne narzędzia: konta bankowe da się zablokować, sprawcę da się zatrzymać, majątek zabezpieczyć. Gdy sprawca siedzi w Moskwie czy Petersburgu i działa z błogosławieństwem albo przynajmniej milczącym przyzwoleniem państwa, żaden z tych mechanizmów nie działa. Ekstradycja jest fikcją, europejski nakaz aresztowania — martwym dokumentem, a jedyne, co polskie państwo może dziś realnie zrobić, to opisać sprawcę, zebrać dowody na przyszłość i, co ważniejsze z perspektywy operatora infrastruktury, upublicznić mechanizm ataku na tyle szczegółowo, by inne podmioty mogły się przed nim zabezpieczyć. Właśnie dlatego wartość tego materiału leży nie w numerze sprawy karnej, lecz w opisie luki, która umożliwiła atak.

Luka bez geniuszu: dlaczego HMI trafiają do internetu

Warto rozłożyć na czynniki pierwsze, dlaczego panele operatorskie w ogóle znajdują się w zasięgu przypadkowego skanu sieci. W typowej, mniejszej stacji uzdatniania wody sterownik PLC odpowiada za regulację pomp, dozowanie chemii i monitorowanie poziomów w zbiornikach, a panel HMI daje operatorowi podgląd i możliwość interwencji — z poziomu stacji albo, coraz częściej, zdalnie, z domu lub z telefonu podczas dyżuru. Ta wygoda ma cenę: żeby zdalny dostęp działał bez kłopotliwej konfiguracji VPN, ktoś kiedyś podłączył urządzenie bezpośrednio do routera z publicznym adresem IP, otworzył port i zostawił hasło fabryczne albo proste hasło serwisowe, które od lat nie było zmieniane. Wyszukiwarki urządzeń podłączonych do sieci indeksują takie panele automatycznie i bez trudu — nie trzeba ich „hakować” w potocznym sensie tego słowa, wystarczy je znaleźć.

To dokładnie ten scenariusz opisuje ABW, mówiąc o zasobach IT „dostępnych z publicznej sieci internet”. W środowisku IT — pocztowym, biurowym — podobne niedopatrzenie kończy się zwykle phishingiem albo wyciekiem danych. W środowisku OT, sterującym fizycznymi procesami, ta sama luka przekłada się na możliwość zmiany nastaw pompy, zaworu albo dawki chloru. Segmentacja sieci IT i OT, wyłączenie bezpośredniej ekspozycji paneli HMI do internetu, wymuszenie dostępu zdalnego wyłącznie przez VPN z uwierzytelnianiem wieloskładnikowym i regularna zmiana haseł serwisowych to nie są postulaty z podręcznika akademickiego — to konkretne, wykonalne działania, które adresują dokładnie ten wektor, jaki wykorzystano w siedemnastu opisanych przypadkach. Więcej o specyfice sektora i o tym, jak środowisko SCADA różni się od typowej infrastruktury biurowej, piszemy w artykule o wodociągach wobec NIS-2.

Efekt propagandowy ważniejszy niż realna szkoda

Prokuratura konsekwentnie podkreśla, że żaden z siedemnastu ataków nie spowodował szkody materialnej i że wszystkie miały charakter jednorazowy. To akurat zgodne z logiką haktywizmu sponsorowanego politycznie: celem nie jest trwałe unieruchomienie polskiej infrastruktury — do tego potrzeba znacznie poważniejszych zasobów i akceptacji ryzyka eskalacji — lecz wygenerowanie nagłówka, zrzutu ekranu z panelu HMI i poczucia, że nawet skromna gmina na Warmii jest w zasięgu obcego wywiadu. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, komentując wcześniejszą falę uderzeń w polską energetykę na przełomie 2025 i 2026 roku, ujął to bez ogródek w rozmowie z RMF FM: „cyfrowe czołgi już tu stoją”, a celem ataków było wywołanie realnych przerw w dostawie prądu Polakom. Ten sam mechanizm psychologiczny działa w przypadku wodociągów — różnica polega na tym, że tam, gdzie prąd wraca po chwili, brak wody budzi w mieszkańcach znacznie bardziej pierwotny niepokój.

Z perspektywy operatora infrastruktury ten propagandowy wymiar ataku nie jest powodem do bagatelizowania sprawy, lecz odwrotnie — wskazówką, jak się bronić. Skoro sprawcy szukają efektu medialnego, a nie trwałego zniszczenia, to najskuteczniejszą odpowiedzią nie jest kosztowna wymiana całej infrastruktury OT, lecz eliminacja najtańszych, najbardziej widocznych z zewnątrz błędów: otwartego portu, domyślnego hasła, panelu bez uwierzytelnienia. To właśnie te elementy trafiają na zrzuty ekranu publikowane przez haktywistów jako dowód włamania — i to one, usunięte, odbierają kampanii jej najłatwiejszy łup.

NIS-2 i UKSC: zegar, który tyka niezależnie od wyroku

Od 3 kwietnia 2026 roku obowiązuje znowelizowana ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, transponująca dyrektywę NIS-2, i to ona — nie kodeks karny — jest dziś realnym narzędziem ochronnym dla sektora wodno-kanalizacyjnego. Duże przedsiębiorstwa wodociągowe klasyfikowane są jako podmioty kluczowe, mniejsze spółki komunalne — jako podmioty ważne, co różnicuje zakres nadzoru, ale nie zwalnia z podstawowych obowiązków. Do 3 października 2026 roku wszystkie objęte regulacją podmioty muszą dopełnić samoidentyfikacji i wpisu do centralnego wykazu prowadzonego przez ministra cyfryzacji — termin, który dla wielu mniejszych spółek komunalnych wciąż pozostaje niedoceniany, bo brzmi jak formalność administracyjna, a w praktyce otwiera zegar realnych, egzekwowalnych obowiązków.

Kluczowy z perspektywy incydentu takiego jak te opisane przez prokuraturę jest trójstopniowy model zgłaszania: wczesne ostrzeżenie w ciągu dwudziestu czterech godzin od wykrycia poważnego incydentu, pełne zgłoszenie w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin i raport końcowy nie później niż w ciągu miesiąca, wszystko za pośrednictwem dedykowanego systemu S46 właściwego zespołu CSIRT. Dostęp do tego systemu trzeba skonfigurować z wyprzedzeniem, nie w chwili, gdy pompa właśnie przestała reagować na polecenia. Niedopełnienie tych obowiązków — brak wpisu do wykazu, brak wdrożonego systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji, wadliwa obsługa incydentu — grozi karą pieniężną nakładaną bezpośrednio na kierownika podmiotu, sięgającą według doniesień nawet trzystu procent jego miesięcznego wynagrodzenia. O mechanizmie tej osobistej odpowiedzialności pisaliśmy szerzej przy okazji nowelizacji KSC po 3 kwietnia oraz na przykładzie ataku ransomware na Nową Rudę, gdzie ten sam mechanizm zadziałał już w praktyce wobec urzędu gminy.

Dla rady nadzorczej spółki komunalnej wod-kan sprawa białostocka powinna stać się konkretnym punktem najbliższego posiedzenia, nie tylko ciekawostką z prasy branżowej. Warto zapytać zarząd wprost, czy spółka figuruje już w wykazie podmiotów kluczowych lub ważnych, kto w organizacji odpowiada personalnie za dotrzymanie terminu 3 października i jakim budżetem dysponuje na wdrożenie środków technicznych wynikających z analizy ryzyka. Odpowiedź w stylu „informatyk się tym zajmuje” po 3 kwietnia 2026 roku przestała być wystarczająca — ustawa wprost przenosi ciężar decyzyjny i odpowiedzialność finansową na kierownika podmiotu, a rada nadzorcza, która nie egzekwuje tych pytań, sama naraża się na zarzut zaniechania nadzoru właścicielskiego w kluczowym dla mieszkańców obszarze bezpieczeństwa.

Tło krajowe: fala, która nie zwalnia

Sprawa białostocka nie jest odizolowanym epizodem, lecz elementem znacznie szerszego trendu. Raport roczny CERT Polska z działalności w 2025 roku, opublikowany podczas kwietniowej konferencji SECURE, mówi o blisko dwustu sześćdziesięciu tysiącach zarejestrowanych incydentów cyberbezpieczeństwa — wzrost o sto pięćdziesiąt dwa procent rok do roku, czyli średnio blisko dwa tysiące zgłoszeń dziennie. Liczba ataków ransomware sięgnęła stu siedemdziesięciu dziewięciu, wobec stu sześćdziesięciu trzech rok wcześniej, co oznacza wzrost o dwadzieścia jeden procent, z czego trzydzieści dotknęło podmioty publiczne, a piętnaście z nich — administrację samorządową. Kwietniowy raport Najwyższej Izby Kontroli dorzuca do tego obrazu liczbę równie niewygodną: aż siedemdziesiąt jeden procent jednostek samorządu terytorialnego objętych kontrolą wykazywało krytyczne luki w systemach bezpieczeństwa, takie jak brak izolowanych kopii zapasowych czy brak centralnego systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji.

Dla sektora wod-kan te liczby mają dodatkowe znaczenie, bo w odróżnieniu od typowego ataku ransomware na urząd gminy — gdzie stawką są dane osobowe mieszkańców i ciągłość obsługi administracyjnej — atak na stację uzdatniania wody dotyka bezpośrednio zdrowia publicznego. Sześciogodzinna przerwa w dostawie wody dla dwóch i pół tysiąca mieszkańców to konkretna, policzalna szkoda operacyjna, nawet jeśli formalnie nikt nie odnotował „szkody materialnej” w rozumieniu przyjętym przez prokuraturę. Program „Cyberbezpieczne Wodociągi”, o którego problemach z harmonogramem i limitem de minimis pisaliśmy wcześniej w artykule o rezygnacji jednostek z dotacji, oraz uruchomiony później program pożyczkowy BGK, opisany w tekście o Funduszu Bezpiecznej Infrastruktury Ochronnej, miały właśnie zamknąć tę lukę finansową — ale pieniądze z dotacji nie zastąpią decyzji zarządu, by wyłączyć panel HMI z publicznego internetu jeszcze przed rozliczeniem wniosku.

Warto też zauważyć, co odróżnia sprawę białostocką od klasycznego ataku ransomware opisywanego zwykle na tych łamach. Tam napastnik chce zarobić — żąda okupu, sprzedaje wykradzione dane, monetyzuje dostęp. Tutaj motywacja finansowa jest drugorzędna albo nieobecna, a to zmienia kalkulację ryzyka po stronie obrońcy. Organizacja przygotowana wyłącznie na scenariusz „zapłacić albo stracić dane” może nie mieć w ogóle procedury na sytuację, w której napastnik nie żąda niczego, tylko manipuluje nastawami pompy dla samego efektu — a to właśnie ten drugi scenariusz zrealizował się siedemnaście razy w ciągu ostatnich dwóch lat wobec polskiej infrastruktury komunalnej.

Dlaczego z Fib.Code

Fib.Code od lat pracuje z przedsiębiorstwami wodociągowymi, spółkami komunalnymi i samorządami, które łączy jedna cecha: infrastruktura krytyczna zarządzana zespołem zbyt małym, by samodzielnie nadążyć za tempem regulacji i tempem ataków. Rozumiemy specyfikę środowisk, w których system SCADA sprzed piętnastu lat współistnieje z nowoczesnym ERP, a jeden informatyk odpowiada jednocześnie za wymianę tonerów, administrację serwerami i — coraz częściej — za zgodność z NIS-2.

Nasze podejście opiera się na trzech zasadach. Po pierwsze, zaczynamy od realnej weryfikacji ekspozycji technicznej — sprawdzamy, tak jak zrobiłby to napastnik, czy panele HMI, interfejsy zdalnego dostępu i systemy dziedzinowe są widoczne z publicznego internetu, zanim ktokolwiek je znajdzie za nas. Po drugie, przekładamy wymogi UKSC i dyrektywy NIS-2 na konkretny harmonogram wdrożenia: samoidentyfikację i wpis do wykazu, analizę ryzyka obejmującą osobno środowisko IT i OT, procedury zgłaszania incydentów zgodne z modelem 24/72 godzin oraz dokumentację SZBI opartą na normie ISO/IEC 27001:2022. Po trzecie, oferujemy outsourcing funkcji pełnomocnika do spraw bezpieczeństwa informacji — model, w którym kierownik podmiotu zyskuje realnego partnera do egzekwowania obowiązków, zamiast podpisywać dokumenty, których nie ma kto wdrożyć.

Efektem naszej pracy nie jest segregator do okazania podczas kontroli, lecz organizacja, która wie, jakie porty ma otwarte, komu zgłosić incydent w ciągu dwudziestu czterech godzin i dlaczego to nie prokuratura w Białymstoku ma dziś chronić jej stację uzdatniania wody. Pracujemy zarówno z przedsiębiorstwami, które dopiero zaczynają porządkować dokumentację SZBI, jak i z tymi, które mają już wdrożoną normę ISO/IEC 27001:2022 i potrzebują wyłącznie rozszerzenia jej o wymogi specyficzne dla NIS-2 oraz o audyt środowiska OT — bo doświadczenie pokazuje, że certyfikat sam w sobie nie gwarantuje, że nikt nie zostawił otwartego portu na sterowniku PLC.

Co zrobić w tym tygodniu

Nie czekaj na kolejny artykuł o ataku, który już się wydarzył. Jeszcze w tym tygodniu zorganizuj krótkie spotkanie z osobą odpowiedzialną za utrzymanie systemów sterowania i zadaj jej pięć konkretnych pytań. Pierwsze: czy panel HMI naszej stacji uzdatniania wody lub oczyszczalni ścieków jest dostępny z publicznego internetu, i jeśli tak — dlaczego. Drugie: kto ma dziś zdalny dostęp do naszych systemów OT, jak jest on uwierzytelniony i kiedy ostatnio zmieniano hasła serwisowe. Trzecie: czy dopełniliśmy samoidentyfikacji i wpisu do wykazu podmiotów kluczowych i ważnych przed terminem 3 października 2026 roku. Czwarte: czy mamy skonfigurowany dostęp do systemu S46 i wiemy, kto w organizacji zgłasza incydent w ciągu dwudziestu czterech godzin od jego wykrycia. Piąte, skierowane wprost do kierownika jednostki: czy rozumiesz, że po zmianie z 3 kwietnia to Twoje nazwisko, nie informatyka, odpowiada osobiście za brak odpowiedzi na powyższe pytania.

Jeśli przy którymkolwiek z nich zapada cisza, masz gotowy plan na najbliższe dni. Sprawa białostockiej prokuratury pokazała, że atrybucja sprawcy nie chroni infrastruktury — chroni ją wyłącznie systematyczna praca wykonana zanim ktokolwiek zapuka do drzwi panelu HMI.

Zapraszamy do kontaktu: l.grabowski@fibcode.com | fibcode.com/pl/kontakt. Bezpośrednio powiązane materiały: wodociągi wobec NIS-2 — specyfika sektora wod-kan, ransomware w Nowej Rudzie i osobista odpowiedzialność wójta, nowelizacja KSC po 3 kwietnia — co musisz wiedzieć — razem pokazują, że w sektorze wod-kan bezpieczeństwo informacji przestało być kwestią techniczną i stało się odpowiedzialnością zarządczą.